Kącik (nie)kulturalny

Mimo, że "Barymag" to mag komputerowy, P.W. poprosił mnie, żebym napisał coś związanego z muzyką, filmem itp. Jako, że moje gusta są trochę dziwne i zachwiane, mam nadzieję, że każdy tu znajdzie coś dla siebie.

Na początku parę słów o utworku, który poruszył do głębi wszystkich (prawie) moich znajomych. Chodzi mi oczywiście o "One" pewnej dobrze wszystkim znanej grupy. Ludzie! To jest po prostu skandal, że taki utwór na "DIAL MTV" został wyprzedzony przez grupę (???) Take That (take WHAT???), z jedną z ich piosenek (?!?!?). "One" jest po prostu piękny! Jeśli grasz na pudle, elektryku czy innej gitarze i chciałbyś mieć nuty tego kawałka (ew. tabulaturę), wal do mnie.

Teraz o nowej płycie jednej z moich ulubionych kapel, Alice in Chains, o nazwie "Jar of Flies" (Słoik much). Jeśli słyszałeś "Dirt" (ich poprzednią płytę) możesz przeżyć szok. "Jar of Flies" jest płytą wykonaną technicznie co najmniej 2 razy lepiej, świetne riffy i teksty, ale brakuje mi tu jednego szczegółu tak dominującego w "Dirt" - żywiołu muzyki. Płyta ta jest po prostu (jak na A.I.C.) za spokojna !!! W ogóle ta tendencja spadku czadu jest u chłopaków widoczna od początku, czyli płyty "Facelift". Mimo wszystko A.I.C. za "JAR OF FLIES" należą się duże brawa, chociaż "Dirt" nadal pozostaje moją ulubioną płytą tej kapeli.

Wszyscy z nas wiedzą o tragicznej śmierci Kurta Cobaine'a z Nirvany. O jego samobójstwie pisano już wiele, ja chciałbym napisać trochę o ostatnim jego (& Co.) dziele - "Nirvana Unplugged". Niestety, nie ukazało się ono jeszcze na rynku, ale wielu ludzi widziało to na MTV. Chłopcy z Nirvany udowodnili jeszcze raz, że nie są jednymi z tłumu. W ich repertuarze znalazły się zarówno ich utwory: "About a Girl" (BLEECH), "Dumb", "Come As You Are" (NEVERMIND), "Pennyroyal Tea", "All Apologies" (IN UTERO), jak i kawałki innych kapel, m.in. "Where Did You Sleep Last Nite", "Platoo", "Jesus Don't Want Me For a Sunbean". Nirvana pokazała, że aby świetnie wypaść wcale nie są potrzebne megawaty kolumn i olbrzymi show. W kameralnej atmosferze studia MTV zagrali, w towarzystwie paru gitar, wiolonczeli (i raz akordeonu, na którym grał Kirst) tak wspaniale, że ten unplugged, po "Eric Clapton Unplugged" i "R.E.M. Unplugged" jest najlepszym w historii w moim rankingu tych programów. Zapytacie, dlaczego dopiero na 3. miejscu - oto odpowiedź - Clapton przed Unplugged prze-aranżował wszystkie utwory specjalnie na tą okazję, R.E.M. (notabene gdyby nie znajomość z Michelem z R.E.M., Kurt może by jeszcze żył...) zagrało wspaniale technicznie, a Nirvana - zamienili elektryki na pudła, dorwali wiolonczelę, parę dodatkowych gitar (nawet raz grał Dave) i zagrali to samo, tylko inaczej. Ale w końcu - oni nie są grupą grającą akustycznie...R.I.P....

OK. Dość na dzisiaj muzyki. Teraz trochę o filmie. Jako, że nie przychodzi mi do głowy żaden ciekawszy pomysł, napiszę trochę o wychwalanych pod niebiosa "Psach 2 - Ostatnia krew". Film ten, z olbrzymim (jak na polskie warunki, of course) wkładem finansowym przyciągnął do kin rzesze widzów. Moja opinia o nim nie będzie jednak pochlebna. Najpierw może o obsadzie. W roli trzech głównych bohaterów występują tu: Bogusław Linda (Maurer), Cezary Pazura (Nowy), i Artur Żmijewski (ten od broni). Aktorzy ci należą do czołówki popularności naszych aktorów. W filmie "Psy 2" ich role są jednak zagrane w ten sam sposób jak w "Krollu" i "Psach 1". Można wręcz rzec, że da się montować kadry z różnych filmów, a i tak nikt nie zauważy różnicy. Dotyczy to zwłaszcza gry samego Bogusia Lindy. Na drugi ogień pójdzie muzyka - to samo - bliźniaczka tej z "Psów 1". O scenariuszu... Kurwa, nie chce mi się o nim rozmawiać... Ogólnie, wydaje mi się, że autorzy robili film z zamiarem stworzenia ambitnej nawalanki z bohaterem uwikłanym w problemy egzystencjalne. Za wzór służył im chyba "Rambo", i podobnie jak on, "Psy 2" to tylko jeszcze jedna rąbanka z dobrą obsadą, z której naprawdę można by było zrobić coś lepszego. Z całego filmu tak naprawdę podobał mi się tylko początkowy monolog współwięźnia Maurera. On był chyba ogrodnikiem...

A propos Boguśka Lindy - przypomniał mi się jeden motyw. Otóż nie tak dawno byłem w Bydgoszczy (dziura, ale fajna) na spotkaniach filmowych. Prawdę mówiąc pojechałem tam głównie dlatego, że to był najtańszy sposób zawalenia kawałka wakacji. Ale do rzeczy. Jako, że prowadziłem tam dosyć dziwny tryb życia (przez cały czas zjadłem tylko jedno śniadanie, bo zwykle kładliśmy się spać ok. 6-7 rano), w nocy, tak ok. 1-2-3, zwykłem sobie wracać z kumplami i panienkami z jakiejś knajpki (polecam MÓZG i TRYTONY) przez miasto do internatu. Otóż pewnej nocy, gdy przechodziliśmy obok pewnego banku przyczepił się do nas jakiś ochroniarz. Najpierw zaczął prawić morały o tym, że nie należy pić, tak późno wracać do domu itp. Później, gdy przekonał się, że gada do ściany stał się troszkę agresywny. Zaczął wypytywać, co w ogóle robimy w B-czy, no to my, że jesteśmy na festiwalu. Typek się zainteresował i spytał o ulubionych polskich aktorów - no to ja mówię: Fronczewski, Pieczka, Lubaszenko itd. A ten, od razu: "A co sądzisz o Bogusiu Lindzie?". I wpadłem. Bo tak - jak lubi, a powiem, że nie lubię, to pluję krwią (near future). Jak nie lubi, a powiem, że lubię, to samo. Przyjrzałem się jednak facetowi - krótko ścięty, ogolony, napakowany, o zabójczym wzroku - chyba lubi. Więc zacząłem walić superlatywy... I co? Facet się rozpogodził i w ciągu paru następnych nocy zatrzymywał się i gadaliśmy już spoko. Jednak ten Linda ma powodzenie i tylko dzięki jego artystycznemu image'owi mogę teraz pisać ten tekst... Koniec bajki.

SHIT!!!

P.W. prosił mnie, żebym coś napisał, a mi już kompletnie NIC nie przychodzi do głowy!!! W następnym numerze (jeśli będzie i P.W. nadal będzie chciał te idiotyczne teksty) opiszę nową płytkę SOUNDGARDEN, może coś z polskiego rocka (chociaż nie przepadam...) i (jak coś fajnego wpadnie mi w łapy) jakiś ambitniejszy film...

Stay safe and often "Save"!!!
LBS